Blog Bartłomieja Ciszewskiego, Gospodarka Gazeta.pl
Kategorie: Wszystkie | Komentarze
RSS
środa, 20 maja 2009
"Dziennikarz" - czy dyskusja o tym słowie ma jeszcze znaczenie?

Rozgorzała ciekawa dyskusja o dziennikarstwie internetowym. Zaczął Dominik Kaznowski, który zaangażował Tomka Bonka z Money.pl (mojego byłego szefa) i Michała Bonarowskiego (do niedawna red. naczelnego Onetu. Wszyscy trzej panowie poszli w jedną stronę, szukając mitycznego "dziennikarza" w sieci, a co za tym idzie próbując zdefiniować, kto wykonuje ten zawód, a kto nie.

To dosyć przewrotna sytuacja, zwłaszcza, ze tradycyjni dziennikarze odchodzą do historii. Najpierw znikną zawodowe redakcje posługujące się tekstem. Będą pierwsi, bo:

- Tekst to najtańsza forma przekazu,
- Tekst to najbardziej płynna treść, która w mgnieniu oka rozprzestrzenia się po sieci,
- Prasa papierowa przestała na siebie zarabiać.

Tomek Bonek twierdzi, że dziennikarzem jest tylko ten, kto "tworzy dla mediów", czyli w jego rozumieniu dla stacji radiowej, telewizyjnej czy portalu internetowego. Oznacza to, że blogger nie jest dziennikarzem. To oczywiście nieprawda. Wielu blogerów to świetni dziennikarze, chociaż często nie mają nic wspólnego z profesjonalnymi redakcjami. Niektórzy z nich prowadzą nawet zarejestrowane "internetowe czasopisma".

Są takie branże, gdzie bloggerzy czy autorzy publikujący w blogoserwisach produkują treści o niebo lepsze niż tradycyjne media. Przykłady są dosyć banalne. Podam dwa:

1. Dla żadnego poważnego przedsiębiorcy czy managera z branży internetowej tradycyjne, "dziennikarskie" redakcje nie są głównym źródłem informacji o rynku. Pośrednicy są tu zbędni. Przystępne informacje można pozyskać bezpośrednio:

- od przedsiębiorstw, przedstawicieli branży czy firm badawczych, którzy publikują je na swoich stronach, blogach, pingerach czy blipach;

- z blogów i blogoserwisów, które tłumaczą, komentują i agregują te informacje. Konkurujące z nimi portale reagują wolniej.

2.
Z dużym prawdopodobieństwem podobnie jest w branży finansowej. Nie jestem tego tak pewien, jak pierwszego przykładu, ale moim zdaniem już mało który zawodowiec czerpie informacje o rynakch z materiałów prasowych przygotowanych przez dziennikarzy i publikowanych w gazetach, telewizji czy na portalach. Wolą:

- bezpośrednie komunikaty ze spółek, ewentualnie depesze zredagowane przez pracowników agencji informacyjnych, bo są szybkie i pewne;

- komentarzy i dodatkowych informacji szukają coraz częściej na blogach prowadzonych przez pasjonatów i praktyków, którzy sami uczestniczą w rynkowej grze.

Przykro mi, ale dla mnie, jako dla odbiorcy codziennych informacji z tych branży, żadna redakcja nie może się równać z moimi RSS-ami w Google Readerze. Dodam, że chociaż nie subskrybuje żadnego portalu, nie przypominam sobie, żebym w ostatnim czasie przegapił jakąś istotną informację.

Panowie zagadnięci przez Dominika to starzy wyjadacze, którzy posługują się starymi definicjami. Przytoczę parę:

Dziennikarz
«pracownik redakcji prasowej, radiowej lub telewizyjnej zajmujący się zbieraniem informacji, pisaniem artykułów i przeprowadzaniem wywiadów»

Dziennikarz - osoba zajmująca się przygotowywaniem i prezentowaniem materiałów w środkach masowego przekazu. Pierwotnie termin ten oznaczał osobę piszącą teksty w gazetach, wraz z rozwojem środków przekazu objął także osoby zajmujące się przygotowywaniem materiałów w radiu, telewizji i internecie.

A journalist (also called a newspaperman) is a person who practices journalism, the gathering and dissemination of information about current events, trends, issues, and people while striving for viewpoints that aren't biased.

journalist: 1 a: a person engaged in journalism ; especially : a writer or editor for a news medium b: a writer who aims at a mass audience

journalist  • noun a person who writes for newspapers or magazines or prepares news or features to be broadcast on radio or television.

Moja definicja jest taka:

Dziennikarz jest pośrednikiem (medium), który dociera do źródła informacji i przekazuje ją publicznie odbiorcom. Zawężmy tę definicję dodając, że musi robić to regularnie ;)

Lepszym dziennikarzem jest ten, kto dociera do istotnych informacji, przekazuje je szybciej niż inni, opisuje je trafnie, przystępnie, estetycznie. Moim zdaniem ten ostatni element jest najmniej istotny dla większości odbiorców.

Rewolucja internetowa obniżyła koszt dotarcia z informacją do odbiorcy tak drastycznie, że  wykosiła już wielu pośredników. Ucierpieli pośrednicy w handlu nieruchomościami czy samochodami, bo kupujący może skontaktować się bezpośrednio ze sprzedawcą. Ucierpieli wydawcy i agenci artystów, bo autorzy mogą sami dotrzeć do odbiorców i sami się wypromować.
W pozyskiwaniu informacji też potrzebujemy coraz mniej pośredników. Ale w przyszłości większość z nich nie będzie pracowała dla dużych, zorganizowanych redakcji, bo to kolejny pośrednik, który coraz częściej jest zbędny.

Oczywiście proces ten odbija się to na jakości, co trafnie ujął Piotrek Wrzosiński wkazując trzy powody, dla których dziennikarz internetowy staje się chłopcem do bicia, ale nie sądzę, żeby mogło to zniechęcić odbiorców.

Zgadzam się z Michałem Bonarowskim. Chociaż trudno sobie to wyobrazić, w niedługim czasie rozproszony model informowania stanie się w opinii większości odbiorców bardziej wiarygodny od scentralizowanych redakcji. A wtedy "dziennikarzami" nazywać będziemy wszystkich, którzy dostarczają nam informacji, albo już nikogo.

17:45, bartek.ciszewski
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 maja 2009
Czy kupowanie pustego ruchu to dobry biznes?
"Gazeta Prawna" zręcznie opisała głośną w tym tygodniu aferę internetową. Zaczęło się od Rafała Agnieszczaka z Fotki, który sprytnie za pomocą Flakera zainspirował Antyweba. Tematem zajęłaby się i sama "Wyborcza", ale zbyt dobrze pamiętałem sprawę Rogera Friedmana z Foxa, którego Robert Murdoch wyrzucił z pracy za zbyt szczerą recenzję pirackiej kopii X-Menów, która jeszcze nie trafiła do kin (film o mutantach wspaniale ogląda się bez efektów specjalnych), więc odpuściłem sobie temat. Ale "GP" nie musiała.

Chodzi o to, że portale Gazeta.pl czy Interia, zwiększają swój zasięg w internecie kupując ruch od mniejszych graczy, dla których pozycja w Megapanelu nie ma takiego znaczenia. Zasada jest prosta - znaleźć grubą rybę, serwis z milionami użytkowników, ale takich, którzy prawdopodobnie nie weszliby na jakikolwiek serwis z grupy portalu.

Dlatego Agora wybrała sfd.pl, ogromne forum o sporcie (głównie sporty walki i kulturystyka), albo forum Insomnia.pl, czyli "zabawa, imprezy, problemy, przemyślenia, seks". Do tego, jeżeli wierzyć informacjom Agnieszczaka, zapłaciła za to śmieszną cenę:

– Na pewno te, które obecnie zapłacono (jeśli plotki oddają stan faktyczny), są szokująco niskie – aż dziw, że właściciele przed podpisaniem umów nie poszli w rynek i nie podpytali się, czy konkurencja oferuje więcej – pisze na vxel.pinger.pl Michał Brański, członek zarządu o2.pl.

Dla osób spoza branży taka praktyka jest szokująca. Jak można tak robić wszystkich w balona? Dla osób z branży to naprawdę cwany ruch, który tanim kosztem z czasem pozwoli sprzedawcom przedstawiać się, jako "Portal nr 1" w Polsce (niestety, po tej akcji ceny wzrosną).

Co ja na to? Akurat dzisiaj natrafiłem na świetnie pasujący do sytuacji wpis Setha Godina, którego jedni uwielbiają, a inni nieznoszą, bo "sprzedaje czytelnikom same banały". Oto jeden z nich:

Marketerzy koncentrują się na "więcej". Większy udział w rynku, więcej klientów. Jeśli robisz to zbyt szybko, oznacza to, że twój marketing jest skierowany do obcych. Obcy nie przejmują się tobą, nie ufają ci, nie słuchają cię.

Przyjaciołom sprzedaje się inaczej..., bo przyjaciel to ktoś, kto nadaje na tych samych falach... I tak dalej :)

Jak to zwykle bywa w "prozie" Godina, jeśli podejdziemy do niej pozytywnie, można w niej znaleźć wiele prawdy.

Na przykład Gazeta.pl nadaje jednocześnie do swoich przyjaciół (ze świetnym rezultatem):

A także do obcych, z mniejszymi sukcesami. Pytanie, czy bezpośrednie kupno ruchu nie jet lepszym rozwiązaniem dla fanów Gazety i "GW". Efekt natychmiastowy, a ryzyko wystraszenia starych przyjaciół żadne.


No chyba, że dyskretnie bokiem uda się pozyskać nowych:



Jaki wniosek? Najlepiej skoncentrować się na przyjaciołach, a sprawę nieznajomych załatwić pod stołem :)

Ufff, ciężkie czasy. Chyba wyszło szczerze i wystarczająco proagorowo...

13:58, bartek.ciszewski
Link Komentarze (1) »
niedziela, 19 kwietnia 2009
Pyrrusowe zwycięstwo nad piratami

Sztokholmski sąd rozbił gang piratów. Skazał czterech założycieli serwisu internetowego The Pirate Bay na rok więzienia. Koncerny muzyczne i fonograficzne odtrąbiły wielkie zwycięstwo. Walczyły o nie od kilku lat, bo jak to z bossami bywa, udowodnić im winę nie jest łatwo.

Problem polegał na tym, że na The Pirate Bay nie ma ani jednego utworu chronionego prawem autorskim. Serwis to jedynie słup ogłoszeniowy, gdzie internauci mogą zamieszczać "torrenty" - pliki zawierające informację, np. o takim znaczeniu: "mam na dysku najnowszy film Allena, którym możemy zacząć się wymieniać". Dowieść, że zarządzanie nim to przestępstwo nie było łatwo. Potrzeba było miesięcy pracy najlepszych prawników oraz, jak twierdzą obrońcy skazanych, politycznej woli.

Chociaż zdaniem prawników wyrok może się przyczynić do podobnych triumfów w innych krajach, mam dla zwycięzców złe wieści.

Po pierwsze, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Zorganizowana grupa przestępcza, której przewodzili czterej Szwedzi, liczy około 20 milionów osób. Prawdopodobnie każda z nich, w przeciwieństwie do skazanej czwórki, regularnie dopuszcza się przestępstw. Jakich? Bez zgody właścicieli praw autorskich wymieniają się w internecie plikami z filmami i muzyką. Nowych członków gangu przybywa, głównie wśród dzieci i młodzieży.

Po drugie, na świecie podobnych serwisów jest bez liku, a niektóre są dużo bardziej popularne niż The Pirate Bay. Nic dziwnego, postawienie takiego "słupa ogłoszeniowego" jest dziecinnie proste, a potencjalne przychody z reklam ogromne.

Po trzecie, zdaniem wielu komentatorów piraci skazani są na sukces, bo stworzony oddolnie przez internautów model dystrybucji treści jest doskonały. Pozwala im w dowolnym momencie, w wygodny sposób korzystać z największej na świecie biblioteki filmów, muzyki, programów i gier komputerowych. Jedyne, co właściciele praw autorskich mogliby zaproponować klientom, to legalny The Pirate Bay, ale... za drobną opłatą. 

18:29, bartek.ciszewski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 kwietnia 2009
O proszę, pop-up może być przydatny

Zmagania ludzi z robotami-spamerami, jak każda wojna, prowadzą do niecodziennych wynalazków. Jakiś czas temu pisałem o tym, że być może "dzięki tym najbardziej plugawym stworzeniom internetu uda się najambitniejszy projekt kulturalny ostatnich lat". Jak na razie projekt reCaptcha rozwija się bez rewelacji, ale już korzystając z wielu serwisów możemy pomóc w szlachetnym projekcie digitalizacji książek.

Firma vidoop ma propozycję, która nie zbawi może świata, ale za to ma ogromny potencjał reklamowy. A pomysł jest bardzo prosty:

 


Autorzy argumentują, że taki system jest o znacznie skuteczniejszy, tzn. trudniejszy do odczytania dla maszyn, łatwiejszy dla ludzi. Ma też jeszcze jedną zaletę...

 

Wyobraźmy sobie, że na tym pop-upie zamiast przypadkowych zdjęć na licencji CC "share alike", mamy reklamy. Internauta musi ze skupieniem przeskanować obrazek i z rozmysłem kliknąć na "buta", który okaże się akurat Nike albo Wojasem. Interesujące.

17:21, bartek.ciszewski
Link Dodaj komentarz »
Reklama: Czego nie powinny robić prestiżowe media
Kto jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że to koniec reklamy internetowej, jaką znaliśmy, niech się mocno uszczypnie.

Model biznesowy wypracowany przed dekadą przez Yahoo!, powielony na całym świecie przez założycieli portali internetowych wszelkiej maści, kończy się.

W mediach realia zmieniają się tak szybko, że często opłaca się poczekać ze zmianami. Przykładowo, większość wydawców prasy nie zdążyła jeszcze na dobre wstrzelić się w stary internet, liznąć pieniędzy z banerów, gdy okazuje się, że nie tędy droga...

W USA już pisze się o rewolucji w cennikach reklam internetowych. Polecam ciekawy artykuł w BusinessWeeku. Pada w nim stwierdzenie, że wydawcy prestiżowych tytułów powinni zebrać do kupy swoich najbardziej wartościowych czytelników i spróbować sprzedać ich reklamodawcom za wysoką cenę.

Wciąż nie wiadomo, jak to zrobić, ale na pewno nie naganiając na strony firmowane zacnymi markami przypadkowych ludzi z najszybciej rosnących w internecie segmentów: pracowników fizycznych i dzieci.
15:53, bartek.ciszewski
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Kanał prezydenta Lecha Kaczyńskiego na YouTube

Władza życzy nam miłego płacenia podatków, a ja gratuluję prezydentowi nowoczesnego PR.

Dzisiaj z depeszy PAP dowiedziałem się, że Lech Kaczyński ma swój kanał na YouTube. Właśnie tam poinformował o bardzo ważnym wydarzeniu, jakim było podpisanie nowelizacji ordynacji podatkowej. Dzięki temu jest możliwe, że już w tym roku rząd łaskawie pozwoli nam zapłacić podatek, który na tym blogu nazwałbym "haraczem", zdalnie - bez fatygowania się na pocztę. Czy to nie cudownie?

Ale wróćmy do YouTube. Jak piszą sami prowadzący:

Dzięki Wam w pierwszym miesiącu funkcjonowania znaleźliśmy się w pierwszej trójce najczęściej subskrybowanych kanałów YouTube.pl. To dla nas duże wyróżnienie, za które dziękujemy. Opublikowane filmy obejrzeliście już ponad 18 tysięcy razy, a liczba ta rośnie z godziny na godzinę.

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem profesjonalizmu i nowoczesności ludzi z otoczenia prezydenta.

 

22:00, bartek.ciszewski
Link Komentarze (1) »
Jak nie będzie wyglądać przyszłość prasy (wideo)

Na serwisie ReadWriteWeb wywiad z założycielem serwisu Spot.us z San Fran pod tytułem "Przyszłość dziennikarstwa będzie radykalnie inna", trudno się nie zgodzić...

David Cohn przepytywany przez dziennikarkę opowiada o swoim projekcie:

 

 
Nie chce mi się wierzyć, żeby tak to wyglądało. Może ten model sprawdzi się w szczególnym przypadku lokalnych reporterów, gdzie pracy nad tekstem jest masa, a pieniędzy z tego wyciągnąć nijak się nieda.
 
Nie wierzę też, żeby startup, który ma zmienić zasady dziennikarstwa mógł być tak skomplikowany. Przecież dziennikarze-bloggerzy ery 2.0 przede wszystkim cenią sobie sprawną pracę, błyskawiczny dostęp do informacji i zaraz potem do czytelników. Nie ma tu miejca na umowy o wyłączność pierwszej publikacji.
 
Moim zdaniem w przyszłości profesjonalne teskty będą udostępniane za darmo (podobnie jak inne utwory, np. muzyczne), a ich autorom pozostanie do monetyzacji prestiż i popularność. Jednym słowem, jak w życiu, kiedy opowiadamy innym ciekawe historie, liczymy na to, że zapamiętają, od kogo je poznali.
 
Tylko i aż tyle.

 

18:56, bartek.ciszewski
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lutego 2009
Bankructwa wydawców prasy. Jak "papierowi" mogą przetrwać kryzys

Na rynku prasy drukowanej wydarzenia nabierają tempa. Górka staje się coraz bardziej stroma.
W USA padli już czterej czołowi wydawcy dzienników. "New York Times" wciąż się trzyma... brzytwy i liczy już chyba tylko na bailout...

W Polsce gazety zwalniają pracowników na potęgę, a największy "papierowy" koncern szura brzuchem po podłodze GPW.

Tymczasem badacze z sędziwej amerykańskiej Fundacji Niemana od kilku lat w laboratorium głowią się nad tym, jak uratować dziennikarstwo przed upadkiem, jaki nieuchronnie niesie internet ;).

Z okazji weekendowych bankructw w USA, napisali trafny poradnik dla upadających wydawców prasy. Zaczyna się od kilku słów pocieszenia, że papier nie umrze, tak jak nie umarła kolej, chociaż amerykańskie pociągi przewiozły rekordową liczbę pasażerów (1,2 miliarda) w 1920, a obecnie rządowy Amtrak przewozi obecnie jedynie 2,4 proc. tej liczby.

Amerykańska prasa osiągnęła szczytowy poziom czytelnictwa 30, a przychodów z reklamy dziewięć lat temu. Od tej pory wydatki na reklamę prasową spadły z 48,7 do 35 miliardów dolarów w 2008 roku. Spadek jak wodospad nabiera tempa.

Co zatem powinni robić bankrutujący wydawcy? Mają do wyboru:

  •  
  • Konsolidację. Pozwoli to zmniejszyć koszty dzięki korzyściom skali, ale będzie to efekt jednorazowy i jeszcze bardziej utrudni prawdziwą zmianę;
  •  
  • Zdecydowane przeniesienie ciężaru do internetu. Gazety, które jak na przykład nasza "Wyborcza" zarabiają głównie w poniedziałek, mogłyby darować sobie mniej dochodowe dni. Podobno analizy wskazują, że najbardziej opłacalne byłoby papierowe wydanie raz, dwa razy w tygodniu;
  •  
  • Spłaszczenie struktury. Wydawnictwa mogłyby się skoncentrować na produkcji treści i sprzedaży reklam. Zarządzaniem nieruchomościami, drukiem i dystrybucją mogłyby zająć się osobne organizacje.
  •  
  • Fuzje lub współpracę z innymi lokalnymi mediami. Jak zauważają analitycy Niemana, rzadsze wydawanie gazety pozwoliłoby na ucieczkę przed przepisami antymonopolowymi i umożliwiłyby połączenie ze stacjami telewizyjnymi. Jak wiadomo, korzyści ze współpracy i wymiany treści mogą być ogromne.

Jak widać, z perspektywy "papierowych" ekspertów, jest szansa. A co na to eksperci z sieci?

Jakiś czas temu przeczytałem typową dla Setha Godina złośliwe, zdroworozsądkowe "epitafium " dla drukowanej prasy, w którym zastanawia się nad tym, czego będziemy po niej żałować:

Jeśli rzeczywiście zależy nam na dochodzeniach i analizie, zapłacimy za nie w ten czy inny sposób. Może to jest dobro publiczne, zadanie non-profit. Może filantropii wyłożą pieniądze na nagrody. Może Woodward i Bernetein 2017 roku zarobią tyle pieniędzy za ich zapierający dech artykuł, że doprowadzi to do nowego pokolenia dziennikarstwa.
Prawda jest taka, że nawet ten rodzaj dziennikarstwa jest tani (w porównaniu z wszystkim innym, co gazeta musiała zrobić, aby nam je dostarczyć). Dzienniki zawierały dwa centy dziennikarstwa owinięte w 98 centów kosztów i rozpraszania. Magia sieci, to że koszt krańcowy czegoś jest darmowy a czas dostarczenia tego jest równy zero, sprawia, że ekonomia staje się magiczna. To jak 6 pdzielone przez zero. Nieskończoność.
Zdecydowana opinia. Całe szczęście, panie Godin, Polska to nie Ameryka. Tu się jeździ koleją czytając Gazetę.

czwartek, 12 lutego 2009
Nowe logo Pepsi: Szczyt marketingowej bańki czy przechytry wiral?
Fascynująca historia o marketingu na najwyższych szczeblach.

Otóż pod koniec zeszłego roku PepsiCo postawiło na "change" . Koncern zatrudnił agencję reklamową Arnell Group. Na operację miał przeznaczyć "kilkaset milionów dolarów".


Jak widać, zmiana okazała się bardzo subtelna. To była pierwsza kontrowersja, jaką wywołała. Czy rzeczywiście projekt był wart ogromnych pieniędzy?

Zawistnicy zauważyli, podobnie jak ci z naszego podwórka, że logo jest bardzo podobne do loga innego produktu, który odniósł niebywały sukces:


















 

Widocznie "zmiana" ma podobne kształty i barwy. Jednak kilka dni temu światło ujrzał dokument, który zmiótł oskarżenia o ewentualny plagiat.

Do sieci przeciekła prezentacja, jaką szefowie Asnella mieli przedstawić PepsiCo. Tytuł "BREATHTAKING Design Strategy" daje jednoznacznie do zrozumienia, że koncepcja jest rewolucyjna. Oto kilka przykładów tego, co niesie za sobą z pozoru proste logo (za serwisem gawker.com ). Otóż nowe logo odzwierciedla (między innymi):

1. Pola magnetyczne Ziemi:


2. Duszę nowego pokolenia:
Pepsi Logo -

3. Przyszłość koncernu


4. Wszystkie dotychczasowe osiągnięcia ludzkości:


5. Strukturę naszej planety:


6. No i na koniec całego wrzechświata:



Czy ta prezentacja może być prawdziwa?

Wśród branżowych blogerów krąży opinia, że tak. Styl w jakim napisana została prezentacja ma odpowiadać osobowości prezesa Arnell Group Petera Arnella. O jego ekscentrynczych wypowiedziach pisał niedawno "Dziennik".

Jednak to żaden dowód. Równie dobrze firma mogła skorzystać z tej wiedzy i jeszcze raz zapewnić nowemu logo buzz, który dotarł aż do Polski. Na razie ani Pepsi ani Arnell nie chcą komentować.

Dlatego możemy postawić dwie hipotezy:

1. Albo rzeczywiście koncerny, takie jak PepsiCo, w swojej naiwności kupują pompatyczne prezentacje, takie jak Arnella. Oznacza to, że sprzedając coś wielkim firmom nie powinniśmy mieć żadnych hamulców - menedżerowie chcą się zabawić, poczuć, że uczestniczą w wielkim artystycznym projekcie. Dla zarządu Pepsi nowe logo jest jak bardzo ekskluzywny bilet do opery.

2. Albo przeciek prezentacji do blogosfery jest zaplanowanym działaniem obu firm. Wtedy powinniśmy się od nich uczyć, jak wykorzystać swój wizerunek - w tym przypadku wielkiej skostniałej korporacji i zupełnie szalonej agencji reklamowej - do stworzenia ciekawej i udanej wirusowej akcji (i przy okazji ukręcono łeb spekulacjom o plagiacie). W końcu muszę przyznać, że jako klient spojrzę na puszkę z nowym logo z dużo większym zainteresowaniem.
Google inwestuje w papier? Niemożliwe

Tajemnicza historia. Techcrunch podał dzisiaj sensacyjną wiadomość. Oto Google kupuje fiński zakład celulozowy.

Jak to możliwe? Po co król cyfrowych danych miałby inwestować w papier?

Może wizjonerzy z Google już szykują się do drukowania pieniędzy?

Zaraz potem blog sprostował, że z dalszych informacji podanych przez Reutersa wynika jednoznacznie: zakład zostanie zamknięty, a w hali staną serwery.

W komunikacie kupionej przez Google spółki - Stora Enso - znalazł się jeszcze jeden ciekawy zapis. Okazuje się, że zakład upadł, bo już dalej nie opłacało się produkować papieru z importowanego drewna. 

W Finalndii, jak wiadomo, drzew nie brakuje, ale naród jest na tyle cywilizowany, że nie pozwala już ich wycinać...

 
1 , 2