Ostatnie wpisy
|
środa, 20 maja 2009
"Dziennikarz" - czy dyskusja o tym słowie ma jeszcze znaczenie?
Rozgorzała ciekawa dyskusja o dziennikarstwie internetowym. Zaczął Dominik Kaznowski, który zaangażował Tomka Bonka z Money.pl (mojego byłego szefa) i Michała Bonarowskiego (do niedawna red. naczelnego Onetu. Wszyscy trzej panowie poszli w jedną stronę, szukając mitycznego "dziennikarza" w sieci, a co za tym idzie próbując zdefiniować, kto wykonuje ten zawód, a kto nie. - od przedsiębiorstw, przedstawicieli branży czy firm badawczych, którzy publikują je na swoich stronach, blogach, pingerach czy blipach; - z blogów i blogoserwisów, które tłumaczą, komentują i agregują te informacje. Konkurujące z nimi portale reagują wolniej. - bezpośrednie komunikaty ze spółek, ewentualnie depesze zredagowane przez pracowników agencji informacyjnych, bo są szybkie i pewne; - komentarzy i dodatkowych informacji szukają coraz częściej na blogach prowadzonych przez pasjonatów i praktyków, którzy sami uczestniczą w rynkowej grze. Dziennikarz - osoba zajmująca się przygotowywaniem i prezentowaniem materiałów w środkach masowego przekazu. Pierwotnie termin ten oznaczał osobę piszącą teksty w gazetach, wraz z rozwojem środków przekazu objął także osoby zajmujące się przygotowywaniem materiałów w radiu, telewizji i internecie. A journalist (also called a newspaperman) is a person who practices journalism, the gathering and dissemination of information about current events, trends, issues, and people while striving for viewpoints that aren't biased. journalist: 1 a: a person engaged in journalism ; especially : a writer or editor for a news medium b: a writer who aims at a mass audience journalist • noun a person who writes for newspapers or magazines or prepares news or features to be broadcast on radio or television. Moja definicja jest taka: Lepszym dziennikarzem jest ten, kto dociera do istotnych informacji, przekazuje je szybciej niż inni, opisuje je trafnie, przystępnie, estetycznie. Moim zdaniem ten ostatni element jest najmniej istotny dla większości odbiorców.
czwartek, 07 maja 2009
Czy kupowanie pustego ruchu to dobry biznes?
"Gazeta Prawna" zręcznie opisała głośną w tym tygodniu aferę internetową. Zaczęło się od Rafała Agnieszczaka z Fotki, który sprytnie za pomocą Flakera zainspirował Antyweba. Tematem zajęłaby się i sama "Wyborcza", ale zbyt dobrze pamiętałem sprawę Rogera Friedmana z Foxa, którego Robert Murdoch wyrzucił z pracy za zbyt szczerą recenzję pirackiej kopii X-Menów, która jeszcze nie trafiła do kin (film o mutantach wspaniale ogląda się bez efektów specjalnych), więc odpuściłem sobie temat. Ale "GP" nie musiała. Chodzi o to, że portale Gazeta.pl czy Interia, zwiększają swój zasięg w internecie kupując ruch od mniejszych graczy, dla których pozycja w Megapanelu nie ma takiego znaczenia. Zasada jest prosta - znaleźć grubą rybę, serwis z milionami użytkowników, ale takich, którzy prawdopodobnie nie weszliby na jakikolwiek serwis z grupy portalu. Dlatego Agora wybrała sfd.pl, ogromne forum o sporcie (głównie sporty walki i kulturystyka), albo forum Insomnia.pl, czyli "zabawa, imprezy, problemy, przemyślenia, seks". Do tego, jeżeli wierzyć informacjom Agnieszczaka, zapłaciła za to śmieszną cenę: – Na pewno te, które obecnie zapłacono (jeśli plotki oddają stan faktyczny), są szokująco niskie – aż dziw, że właściciele przed podpisaniem umów nie poszli w rynek i nie podpytali się, czy konkurencja oferuje więcej – pisze na vxel.pinger.pl Michał Brański, członek zarządu o2.pl. Dla osób spoza branży taka praktyka jest szokująca. Jak można tak robić wszystkich w balona? Dla osób z branży to naprawdę cwany ruch, który tanim kosztem z czasem pozwoli sprzedawcom przedstawiać się, jako "Portal nr 1" w Polsce (niestety, po tej akcji ceny wzrosną). Co ja na to? Akurat dzisiaj natrafiłem na świetnie pasujący do sytuacji wpis Setha Godina, którego jedni uwielbiają, a inni nieznoszą, bo "sprzedaje czytelnikom same banały". Oto jeden z nich: Marketerzy koncentrują się na "więcej". Większy udział w rynku, więcej klientów. Jeśli robisz to zbyt szybko, oznacza to, że twój marketing jest skierowany do obcych. Obcy nie przejmują się tobą, nie ufają ci, nie słuchają cię. Przyjaciołom sprzedaje się inaczej..., bo przyjaciel to ktoś, kto nadaje na tych samych falach... I tak dalej :) Jak to zwykle bywa w "prozie" Godina, jeśli podejdziemy do niej pozytywnie, można w niej znaleźć wiele prawdy. Na przykład Gazeta.pl nadaje jednocześnie do swoich przyjaciół (ze świetnym rezultatem): A także do obcych, z mniejszymi sukcesami. Pytanie, czy bezpośrednie kupno ruchu nie jet lepszym rozwiązaniem dla fanów Gazety i "GW". Efekt natychmiastowy, a ryzyko wystraszenia starych przyjaciół żadne.
Jaki wniosek? Najlepiej skoncentrować się na przyjaciołach, a sprawę nieznajomych załatwić pod stołem :) Ufff, ciężkie czasy. Chyba wyszło szczerze i wystarczająco proagorowo...
niedziela, 19 kwietnia 2009
Pyrrusowe zwycięstwo nad piratami
Sztokholmski sąd rozbił gang piratów. Skazał czterech założycieli serwisu internetowego The Pirate Bay na rok więzienia. Koncerny muzyczne i fonograficzne odtrąbiły wielkie zwycięstwo. Walczyły o nie od kilku lat, bo jak to z bossami bywa, udowodnić im winę nie jest łatwo. Problem polegał na tym, że na The Pirate Bay nie ma ani jednego utworu chronionego prawem autorskim. Serwis to jedynie słup ogłoszeniowy, gdzie internauci mogą zamieszczać "torrenty" - pliki zawierające informację, np. o takim znaczeniu: "mam na dysku najnowszy film Allena, którym możemy zacząć się wymieniać". Dowieść, że zarządzanie nim to przestępstwo nie było łatwo. Potrzeba było miesięcy pracy najlepszych prawników oraz, jak twierdzą obrońcy skazanych, politycznej woli. Chociaż zdaniem prawników wyrok może się przyczynić do podobnych triumfów w innych krajach, mam dla zwycięzców złe wieści. Po pierwsze, to dopiero wierzchołek góry lodowej. Zorganizowana grupa przestępcza, której przewodzili czterej Szwedzi, liczy około 20 milionów osób. Prawdopodobnie każda z nich, w przeciwieństwie do skazanej czwórki, regularnie dopuszcza się przestępstw. Jakich? Bez zgody właścicieli praw autorskich wymieniają się w internecie plikami z filmami i muzyką. Nowych członków gangu przybywa, głównie wśród dzieci i młodzieży. Po drugie, na świecie podobnych serwisów jest bez liku, a niektóre są dużo bardziej popularne niż The Pirate Bay. Nic dziwnego, postawienie takiego "słupa ogłoszeniowego" jest dziecinnie proste, a potencjalne przychody z reklam ogromne. Po trzecie, zdaniem wielu komentatorów piraci skazani są na sukces, bo stworzony oddolnie przez internautów model dystrybucji treści jest doskonały. Pozwala im w dowolnym momencie, w wygodny sposób korzystać z największej na świecie biblioteki filmów, muzyki, programów i gier komputerowych. Jedyne, co właściciele praw autorskich mogliby zaproponować klientom, to legalny The Pirate Bay, ale... za drobną opłatą.
wtorek, 07 kwietnia 2009
O proszę, pop-up może być przydatny
Zmagania ludzi z robotami-spamerami, jak każda wojna, prowadzą do niecodziennych wynalazków. Jakiś czas temu pisałem o tym, że być może "dzięki tym najbardziej plugawym stworzeniom internetu uda się najambitniejszy projekt kulturalny ostatnich lat". Jak na razie projekt reCaptcha rozwija się bez rewelacji, ale już korzystając z wielu serwisów możemy pomóc w szlachetnym projekcie digitalizacji książek. Firma vidoop ma propozycję, która nie zbawi może świata, ale za to ma ogromny potencjał reklamowy. A pomysł jest bardzo prosty:
Autorzy argumentują, że taki system jest o znacznie skuteczniejszy, tzn. trudniejszy do odczytania dla maszyn, łatwiejszy dla ludzi. Ma też jeszcze jedną zaletę...
Wyobraźmy sobie, że na tym pop-upie zamiast przypadkowych zdjęć na licencji CC "share alike", mamy reklamy. Internauta musi ze skupieniem przeskanować obrazek i z rozmysłem kliknąć na "buta", który okaże się akurat Nike albo Wojasem. Interesujące. Reklama: Czego nie powinny robić prestiżowe media
Kto jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, że to koniec reklamy internetowej, jaką znaliśmy, niech się mocno uszczypnie. Model biznesowy wypracowany przed dekadą przez Yahoo!, powielony na całym świecie przez założycieli portali internetowych wszelkiej maści, kończy się. W mediach realia zmieniają się tak szybko, że często opłaca się poczekać ze zmianami. Przykładowo, większość wydawców prasy nie zdążyła jeszcze na dobre wstrzelić się w stary internet, liznąć pieniędzy z banerów, gdy okazuje się, że nie tędy droga... W USA już pisze się o rewolucji w cennikach reklam internetowych. Polecam ciekawy artykuł w BusinessWeeku. Pada w nim stwierdzenie, że wydawcy prestiżowych tytułów powinni zebrać do kupy swoich najbardziej wartościowych czytelników i spróbować sprzedać ich reklamodawcom za wysoką cenę. Wciąż nie wiadomo, jak to zrobić, ale na pewno nie naganiając na strony firmowane zacnymi markami przypadkowych ludzi z najszybciej rosnących w internecie segmentów: pracowników fizycznych i dzieci.
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Kanał prezydenta Lecha Kaczyńskiego na YouTube
Władza życzy nam miłego płacenia podatków, a ja gratuluję prezydentowi nowoczesnego PR. Dzisiaj z depeszy PAP dowiedziałem się, że Lech Kaczyński ma swój kanał na YouTube. Właśnie tam poinformował o bardzo ważnym wydarzeniu, jakim było podpisanie nowelizacji ordynacji podatkowej. Dzięki temu jest możliwe, że już w tym roku rząd łaskawie pozwoli nam zapłacić podatek, który na tym blogu nazwałbym "haraczem", zdalnie - bez fatygowania się na pocztę. Czy to nie cudownie? Ale wróćmy do YouTube. Jak piszą sami prowadzący:
Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem profesjonalizmu i nowoczesności ludzi z otoczenia prezydenta.
Jak nie będzie wyglądać przyszłość prasy (wideo)
Na serwisie ReadWriteWeb wywiad z założycielem serwisu Spot.us z San Fran pod tytułem "Przyszłość dziennikarstwa będzie radykalnie inna", trudno się nie zgodzić... David Cohn przepytywany przez dziennikarkę opowiada o swoim projekcie:
Nie chce mi się wierzyć, żeby tak to wyglądało. Może ten model sprawdzi się w szczególnym przypadku lokalnych reporterów, gdzie pracy nad tekstem jest masa, a pieniędzy z tego wyciągnąć nijak się nieda. Nie wierzę też, żeby startup, który ma zmienić zasady dziennikarstwa mógł być tak skomplikowany. Przecież dziennikarze-bloggerzy ery 2.0 przede wszystkim cenią sobie sprawną pracę, błyskawiczny dostęp do informacji i zaraz potem do czytelników. Nie ma tu miejca na umowy o wyłączność pierwszej publikacji. Moim zdaniem w przyszłości profesjonalne teskty będą udostępniane za darmo (podobnie jak inne utwory, np. muzyczne), a ich autorom pozostanie do monetyzacji prestiż i popularność. Jednym słowem, jak w życiu, kiedy opowiadamy innym ciekawe historie, liczymy na to, że zapamiętają, od kogo je poznali. Tylko i aż tyle.
środa, 25 lutego 2009
Bankructwa wydawców prasy. Jak "papierowi" mogą przetrwać kryzys
Na rynku prasy drukowanej wydarzenia nabierają tempa. Górka staje się coraz bardziej stroma.
Jak widać, z perspektywy "papierowych" ekspertów, jest szansa. A co na to eksperci z sieci? Jakiś czas temu przeczytałem typową dla Setha Godina złośliwe, zdroworozsądkowe "epitafium " dla drukowanej prasy, w którym zastanawia się nad tym, czego będziemy po niej żałować:
czwartek, 12 lutego 2009
Nowe logo Pepsi: Szczyt marketingowej bańki czy przechytry wiral?
Fascynująca historia o marketingu na najwyższych szczeblach. Otóż pod koniec zeszłego roku PepsiCo postawiło na "change" . Koncern zatrudnił agencję reklamową Arnell Group. Na operację miał przeznaczyć "kilkaset milionów dolarów". ![]() Jak widać, zmiana okazała się bardzo subtelna. To była pierwsza kontrowersja, jaką wywołała. Czy rzeczywiście projekt był wart ogromnych pieniędzy? Zawistnicy zauważyli, podobnie jak ci z naszego podwórka, że logo jest bardzo podobne do loga innego produktu, który odniósł niebywały sukces: ![]()
Widocznie "zmiana" ma podobne kształty i barwy. Jednak kilka dni temu światło ujrzał dokument, który zmiótł oskarżenia o ewentualny plagiat. Do sieci przeciekła prezentacja, jaką szefowie Asnella mieli przedstawić PepsiCo. Tytuł "BREATHTAKING Design Strategy" daje jednoznacznie do zrozumienia, że koncepcja jest rewolucyjna. Oto kilka przykładów tego, co niesie za sobą z pozoru proste logo (za serwisem gawker.com ). Otóż nowe logo odzwierciedla (między innymi):
4. Wszystkie dotychczasowe osiągnięcia ludzkości:
5. Strukturę naszej planety:
6. No i na koniec całego wrzechświata:
Czy ta prezentacja może być prawdziwa? Wśród branżowych blogerów krąży opinia, że tak. Styl w jakim napisana została prezentacja ma odpowiadać osobowości prezesa Arnell Group Petera Arnella. O jego ekscentrynczych wypowiedziach pisał niedawno "Dziennik". Jednak to żaden dowód. Równie dobrze firma mogła skorzystać z tej wiedzy i jeszcze raz zapewnić nowemu logo buzz, który dotarł aż do Polski. Na razie ani Pepsi ani Arnell nie chcą komentować. Dlatego możemy postawić dwie hipotezy: 1. Albo rzeczywiście koncerny, takie jak PepsiCo, w swojej naiwności kupują pompatyczne prezentacje, takie jak Arnella. Oznacza to, że sprzedając coś wielkim firmom nie powinniśmy mieć żadnych hamulców - menedżerowie chcą się zabawić, poczuć, że uczestniczą w wielkim artystycznym projekcie. Dla zarządu Pepsi nowe logo jest jak bardzo ekskluzywny bilet do opery. Google inwestuje w papier? Niemożliwe
Tajemnicza historia. Techcrunch podał dzisiaj sensacyjną wiadomość. Oto Google kupuje fiński zakład celulozowy. Jak to możliwe? Po co król cyfrowych danych miałby inwestować w papier? Może wizjonerzy z Google już szykują się do drukowania pieniędzy? Zaraz potem blog sprostował, że z dalszych informacji podanych przez Reutersa wynika jednoznacznie: zakład zostanie zamknięty, a w hali staną serwery. W komunikacie kupionej przez Google spółki - Stora Enso - znalazł się jeszcze jeden ciekawy zapis. Okazuje się, że zakład upadł, bo już dalej nie opłacało się produkować papieru z importowanego drewna. W Finalndii, jak wiadomo, drzew nie brakuje, ale naród jest na tyle cywilizowany, że nie pozwala już ich wycinać... | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||